Świadek koronny własnej poetyki
Będąc świadkiem koronnym i jednocześnie demiurgiem żelbetonowej konstrukcji własnej poetyki, muszę zejść w dół, do podstawowych kodów języka, części mowy i psycholingwistycznych zakamarków.
Liczyłam na zabawę z językiem. Lekkie odpuszczenie, mniejszą kontrolę i większe zaufanie do autonomii wiersza. Nauczyłam się już stwarzać warunki do tego rodzaju eksperymentów.
Tak przyplątał się wiersz, utkał, a może splątał mnie:
endemiczne
ludy wyrosłe z izolacji
w rytuale przetrwania
powtarzane
miejsca nieodwiedzane,
a jednak zapisano na skale
bawoły
z lotu ptaka widać trzy cienie
złote słońce rzuca włócznie
z lotu ptaka nie widać celu
w zasięgu,
a jednak nigdy niedotknięte
Co ja właściwie zrobiłam? To, co miało być zabawą, robi się łamigłówką. Podskórnie wiem, że ma sens, zaznaczam: dla mnie. Dlatego potrzebuję teraz narzędzia refleksji, aby rozplątać węzły języka.
Co zrobiłam rzeczownikowi? Co zrobiłam czasownikowi? Co zrobiłam imiesłowowi? Co zrobiłam składni? Co zrobiłam referencji, temu, do czego właściwie odnosi się „powtarzane” i „niedotknięte”? Co musi zrobić mózg czytelnika, mój mózg, kiedy nie dostaje jednoznacznego połączenia?
Zaczynam od części mowy.
Rzeczownik
Powinien być jednym z solidniejszych elementów konstrukcji. Nazywa. Daje obiekt, do którego można coś przypiąć: cechę, czynność, relację.
Tymczasem już pierwsze słowo wiersza odmawia mi tej wygody.
endemiczne
Przymiotnik stoi sam. Ma właściwość, ale nie ma jeszcze tego, czemu miałby ją przypisać. Dopiero niżej pojawiają się „ludy”. Mogę więc połączyć:
endemiczne ludy
i przez chwilę konstrukcja stoi.
Tyle że „endemiczny” przynosi ze sobą wcześniejsze życie. Gatunki, organizmy, występowanie ograniczone do określonego obszaru. Kiedy przyczepiam go do „ludów”, przenoszę fragment kodu biologicznego do antropologicznego.
Potem ludy nie powstają. Nie osiedlają się. Nie tworzą społeczności.
wyrastają.
Czasownik również zmienia środowisko.
Ludy zaczynają zachowywać się jak organizmy.
Imiesłów
„Wyrosłe” jeszcze daje się łatwo przypiąć do „ludów”.
Ale potem zostawiam:
powtarzane
I tu konstrukcja zaczyna się rozszczelniać.
Powtarzane: co?
Ludy?
Rytuały?
Przetrwanie?
A może dopiero to, co pojawi się za chwilę:
miejsca nieodwiedzane
Powtarzane miejsca?
Gramatyka pozwala szukać połączenia, ale semantyka nie daje jednego oczywistego rozwiązania. „Powtarzane” zostaje pomiędzy. Można próbować przymocować je do tego, co znajduje się nad nim, albo do tego, co pojawia się pod nim.
Nie usunęłam belki.
Zostawiłam ją bez jednoznacznej informacji, na których słupach ma się oprzeć.
I tutaj kończy się zabawa samymi częściami mowy, bo zaczyna pracować składnia.
Składnia
Nie odbiera się kolejnych słów jak koralików nawleczonych na nitkę. Budujemy z nich strukturę. Ustalamy, co z czym się łączy, co jest wykonawcą czynności, czego dotyczy właściwość, gdzie znajduje się dopełnienie. Robimy to w trakcie czytania, ja robię to także w trakcie pisania.
a jednak zapisano na skale
Zapisano co?
Konstrukcja otwiera miejsce.
Dopiero następny wers:
bawoły
pozwala je wypełnić.
Ale „bawoły” zdążyły już przez moment stanąć osobno, jako obraz. Dopiero później mogę wrócić i przyłączyć je do „zapisano”.
Piszę/czytam dalej.
z lotu ptaka widać trzy cienie
Czyje?
Tekst nie odpowiada.
Mózg chce jednak znaleźć właściciela cieni. Najbliżej ma bawoły, więc może spróbować właśnie ich. Nie dostaje potwierdzenia. Musi pozostawić możliwość otwartą.
Potem:
złote słońce rzuca włócznie
Włócznia uruchamia kierunek, rzut, trafienie. Gdzieś za nią powinien znajdować się cel.
I rzeczywiście pojawia się:
z lotu ptaka nie widać celu
Tyle że zamiast rozwiązania otwieram następną szczelinę.
Jakiego celu?
Celu włóczni? Polowania? Drogi? Działania?
w zasięgu,
Co jest w zasięgu?
Cel?
Bawoły?
Cienie?
Miejsca?
I wreszcie:
a jednak nigdy niedotknięte
Co pozostaje niedotknięte?
Tutaj język zostawia kilka gramatycznie możliwych zaczepów. Niedotknięte mogą być „miejsca”. Mogą być „bawoły”. Mogą być „cienie”. Forma nie prowadzi już jednoznacznie do jednego rzeczownika.
I nagle zauważam coś, czego nie planowałam.
W wierszu biegnie ukryty ciąg:
nieodwiedzane, nie widać, w zasięgu, niedotknięte
odwiedzić
zobaczyć
dosięgnąć
dotknąć
Kolejne stopnie zbliżania się do czegoś.
A kontakt nie następuje.
Równolegle biegnie drugi:
skała, zapis, bawoły, cienie, słońce, włócznie
Ślad, obraz, reprezentacja, projekcja.
Coś pozostaje dostępne jako ślad, chociaż nie daje się już dosięgnąć.
Nie wiem, czy napisałam to świadomie. Właściwie wiem, że nie. Zobaczyłam tę konstrukcję dopiero wtedy, kiedy zaczęłam ją rozbierać.
Co robisz Ty, czytelniku?
I tutaj pojawia się dla mnie psycholingwistyka.
Bo pytanie przestaje brzmieć wyłącznie:
co znaczy ten wiersz?
Bardziej interesuje mnie:
co musi zrobić czytelnik, żeby w ogóle próbować go zrozumieć?
Czytając, nie czeka do ostatniego słowa, żeby rozpocząć składanie znaczenia. Robi to na bieżąco. Przewiduje. Łączy. Wybiera najbardziej prawdopodobne połączenia. Kiedy następne słowo nie pasuje do zbudowanej konstrukcji, musi ją zmienić. Czasem wrócić. Przepiąć element. Czasem zachować kilka możliwości jednocześnie.
„Powtarzane” czeka na rzeczownik.
„Bawoły” każą wrócić do „zapisano”.
„Włócznie” przygotowują możliwość celu.
„W zasięgu” ponownie otwiera pytanie o to, co właściwie śledzę.
„Niedotknięte” zamiast odpowiedzieć, uruchamia poszukiwanie referenta od nowa.
Czytelnik nie tylko naprawia to, co już przeczytał. Cały czas przewiduje to, co może nadejść.
„Zapisano…” otwiera miejsce na: co?
„Rzuca włócznie” uruchamia trajektorię i możliwość celu.
„W zasięgu” otwiera relację: czego względem czego?
Wykorzystuję te przewidywania, ale nie zawsze je domykam.
Powstaje więc osobliwa sytuacja.
Wiersz znajduje się na stronie, ale część jego konstrukcji, być może ta najważniejsza, zostaje zbudowana dopiero poza nią.
W pamięci, przewidywaniach i kolejnych korektach czytelnika.
Żelbetonowa konstrukcja nadal stoi, ale nie wszystkie jej przestrzenie wypełniłam. Część pozostawiłam czytelnikowi. Wstawia w nie własne transparentne warstwy: szyby nakładających się hipotez, obrazów i znaczeń.
Nie znaczy to jednak, że może wstawić cokolwiek.
Konstrukcja wyznacza granice.
Fleksja, sąsiedztwo słów, składnia, semantyczne powinowactwa, następstwo wersów, powracające obrazy. Wszystko to ogranicza liczbę możliwych połączeń.
Nie daję więc jednego rozwiązania.
Projektuję pole możliwości.
Jedna szyba łączy „powtarzane” z rytuałem. Druga z miejscami. Jeszcze inna zachowuje echo ludów. Jedna łączy „niedotknięte” z miejscami, druga z bawołami, kolejna z nieuchwytnym celem.
Patrząc przez kilka naraz, nie otrzymuję chaosu.
Otrzymuję nakładające się reprezentacje.
I tutaj wydarza się coś jeszcze.
Wieloznaczność „niedotknięte” przestaje być wyłącznie zaburzeniem referencji.
Zaczyna wykonywać treść wiersza.
Czytelnik próbuje dosięgnąć referenta słowa „niedotknięte”, ale ono pozostaje w zasięgu kilku rzeczowników i nie pozwala bezspornie dotknąć żadnego.
Forma nie tylko mówi o niedosięgnięciu.
Forma pozwala go doświadczyć.
Tyle że słowa nie uruchamiają wyłącznie innych słów.
Uruchamiają obraz.
Ruch.
Ciężar.
Temperaturę.
Smak.
Dotyk.
Dźwięk.
I tutaj trafiam w następny zakamarek.
Synestezja i ucieleśnienie
Nie chodzi mi o synestezję neurologiczną, w której określony bodziec automatycznie i stale wywołuje dodatkowe doświadczenie zmysłowe.
Interesuje mnie możliwość przenoszenia właściwości jednego doświadczenia zmysłowego na inne i łączenia w języku pól, które fizycznie należą do różnych porządków.
W innych wierszach Partytury stanów robię to bez specjalnego namysłu.
huczą słodyczą
fabryki robotnic
„Huczeć” należy do dźwięku.
„Słodycz” do smaku.
A jednak razem nie powodują we mnie katastrofy. Przeciwnie, natychmiast powstaje doświadczenie, którego nie daje ani samo „huczenie”, ani sama „słodycz”.
wdech
kolorowego powietrza
Powietrze nie musi mieć koloru, żeby język pozwolił mi je takim zobaczyć, a może nawet wciągnąć do płuc.
czerwono-kwaśną karę
Kolor przechodzi w smak, a jedno i drugie przykleja się do abstrakcyjnej „kary”.
piasek pudruje bursztynowe piegi
Dotyk, obraz, kolor, faktura. Nie wiem już, gdzie kończy się rzecz, a zaczyna czynność.
Czy to jeszcze metafora?
Tak.
Ale interesuje mnie nie tylko jej znaczenie. Interesuje mnie to, co dzieje się przed znaczeniem albo obok niego.
Czy zanim zdążę powiedzieć sobie, co oznacza „huczą słodyczą”, już próbuję to usłyszeć i posmakować?
Czy „czerwono-kwaśna kara” najpierw staje się czerwienią i kwaśnością, a dopiero potem abstrakcyjną karą?
Czy język może uruchomić ciało wcześniej, niż rozum zdąży ustalić interpretację?
Synestezja jest jednak tylko częścią tego mechanizmu.
Bo nie wszystkie połączenia przebiegają pomiędzy zmysłami.
Słowo „włócznia” nie jest przecież wyłącznie hasłem w słowniku.
Ma długość.
Kierunek.
Ostrze.
Ruch.
Możliwość trafienia.
Dlatego kiedy słońce „rzuca włócznie”, za chwilę może pojawić się „cel”. Nie dlatego, że jedno słowo matematycznie przewiduje drugie, ale dlatego, że uruchomiony został cały układ możliwych relacji.
Podobnie:
wrzód pękł
na krawędzi wulkanu
Wrzód i wulkan nie należą do tej samej skali ani do tej samej kategorii.
Ale oba mogą zostać połączone przez dynamikę:
ciśnienie, narastanie, pęknięcie, wydostawanie się materii
A chwilę później:
słowa przetapiają się
w trzewiach
Słowo, które nie ma temperatury ani stanu skupienia, zaczyna zachowywać się jak materia.
Tutaj synestezja przechodzi w coś szerszego: ucieleśnienie języka, symulację sensoryczną i motoryczną, przenoszenie właściwości pomiędzy różnymi domenami doświadczenia.
I chyba właśnie tutaj zaczynam rozumieć, dlaczego moje obrazy potrafią łączyć się mimo braku logicznego mostu.
Most istnieje.
Tylko nie zawsze jest pojęciem.
Czasem jest ruchem.
Czasem temperaturą.
Czasem fakturą.
Czasem kierunkiem.
Czasem naciskiem.
Czasem dźwiękiem.
Od znaczenia do stanu
Jeżeli wrócę teraz do „endemiczne”, mogę zobaczyć jeszcze jeden ciąg:
izolacja, rytuał, powtórzenie, miejsce, ślad, zwierzę, wysokość, cień, światło, rzut, kierunek, cel, zasięg, brak dotyku
Zmieniają się w nim nie tylko znaczenia.
Zmieniają się parametry doświadczenia.
Najpierw przestrzeń jest zamknięta: izolacja.
Potem pojawia się czas: powtarzalność i rytuał.
Następnie miejsce.
Potem reprezentacja na powierzchni skały.
Pojawia się konkretny obiekt: bawół.
Nagle punkt widzenia idzie w górę: „z lotu ptaka”.
Obiekt traci cielesność i staje się cieniem.
Pojawia się źródło światła.
Światło zmienia się we włócznię.
Włócznia ustanawia kierunek.
Kierunek otwiera możliwość celu.
Cel wprowadza możliwość dosięgnięcia.
A finał blokuje kontakt.
Wiersz wykonuje więc paradoksalny ruch:
przybliża się, nie osiągając kontaktu.
I być może dlatego nie muszę prowadzić czytelnika wyłącznie od znaczenia do znaczenia.
Mogę prowadzić go od stanu do stanu.
Znaczenie nadal istnieje. Nie przestaje być ważne. Nie jest jednak jedynym nośnikiem organizacji wiersza.
Organizować go może również przejście przez kolejne stany:
oczekiwanie, zawieszenie, rozpoznanie, reanaliza, obraz, ruch, antycypacja, niedomknięcie
Wtedy Partytura stanów zaczyna znaczyć dla mnie coś więcej, niż zakładałam, kiedy pojawił się ten tytuł.
Partyturą nie musi być zapis tego, co czytelnik ma zrozumieć.
Może być zapisem warunków, w których uruchamiają się kolejne procesy.
Nie zapisuję gotowego doświadczenia.
Konstruuję warunki jego powstania.
Czytelnik wykonuje partyturę. Każde wykonanie może uruchomić nieco inny układ połączeń, obrazów i znaczeń.
Wiersz napisałam ja. Jego wykonanie powstaje już pomiędzy nami.